
Spakowałam pełny komplet ubrań i ręczników i wybieram się nad akwen wodny. To najbardziej optymalny plan na dzień jutrzejszy. Po krótkim wypoczynku wrócę z powrotem do pracy, by dalej kontynuować swoje zawodowe obowiązki.
A gdybym tak: Spakowała komplet ubrań i ręczników i wybrała się nad wodę. Bo to optymalny plan na jutro. Po krótkim wypoczynku wróciłabym do pracy, by kontynuować swoje zawodowe obowiązki. Czy nie byłoby lepiej? Krócej i konkretniej. Po co strzępić sobie język, przegrzewać klawiaturę komputera albo marnować drogocenny papier?
Pleonazmy, którymi najeżyłam pierwszą wersję swojej wypowiedzi, to błędne zestawienia słowne określane „masłem maślanym”, w których jedna część powtarza znaczenie drugiej. Ich nazwa pochodzi od greckiego pleonasmos, który oznacza „nadmiar”. Co ciekawe, nie wszystkie mogą być traktowane jako błąd językowy – część powstaje zupełnie świadomie i pojawia się np. w polskich reklamach jako celowy zabieg językowy wzmacniający funkcję perswazyjną przekazu.
Niektóre pleonazmy są jak puszczenie oka do konsumenta, mają nadać wypowiedzi efekt humorystyczny albo odpowiedni rytm bądź brzmienie. Dla odbiorcy świadomego językowo mogą być jednak drażniące, i chyba się do takich zaliczam, bo kiedy kolejny raz słyszę o „całkowicie kompletnym” szamponie do włosów, który „zawiera w sobie” składniki „w 100 proc. naturalne” i rzecz jasna uzyskał „pozytywną aprobatę” któregoś z ważnych instytutów badawczych, to wcale nie mam ochoty z radości „podskoczyć w górę”. I raczej też go nie kupię, bo szczerze wątpię w wiarygodność podwajanych obietnic.
A pamiętacie bodaj najsłynniejszy reklamowy pleonazm, który głosił, że preparat w sprayu „zabija owady na śmierć”? Czasem mam wrażenie, że jestem już blisko tego, by kiedyś jakaś reklama zabiła mnie na śmierć, całkowicie i w 100 proc. A Wy?

