
Człowiek chce po pracy odpocząć, obejrzeć coś ciekawego, dowiedzieć się czegoś o świecie, zaczerpnąć kultury. Sięga po pilot, a tam…
Trwające wieczność przerwy reklamowe pełne dedykowanych ofert, produktów za przysłowiową złotówkę, która przecież jeszcze nie tak dawno była symboliczna, i sporo mało śmiesznych tekstów. Spinam się cała, gdy słyszę, jak zakatarzona mama (która oczywiście w mig wyzdrowieje, gdy tylko weźmie konkretny lek czy produkt medyczny) mówi córce, która chce jechać na trening: „Muszę cię zawieźć, przecież nie mogę cię zawieść”. Starzeję się? Być może, bo denerwują mnie nie tylko reklamy.
Trafiłam kiedyś na program z pewną znaną projektantką wnętrz, córką jeszcze bardziej znanej pisarki, co to nam jeszcze pokaże i co to nigdy w życiu. Projektantka chodziła po jakichś pięknych włościach i zachwycała się, jak wszystko jest gustownie urządzone. I co drugie zdanie brzmiało podobnie, w stylu: „Spójrzcie na to lustro. Ono robi to wnętrze”, „Cóż za podłoga! Kolor tych desek robi to wnętrze”, „A te wykończenia? No musicie przyznać, że one robią to wnętrze”. No muszę przyznać, że na więcej odcinków programu (mimo całej sympatii do projektantki) już nie miałam ochoty.

